Ogrody zoologiczne
Podczas swoich wojaży po Indiach Szerokopojętych odwiedziłam cztery ogrody zoologiczne: w Dhace, Kathmandu, Lahore i Madrasie. Tak się złożyło, że nie tylko w czterech różnych miastach, ale i w czterech różnych krajach.
Nie jestem zwolenniczką zamykania w więzieniach Bogu ducha winnych istot, więc każde zoo odwiedzam z mieszanymi uczuciami. Często jest to jednak jedyna możliwość poznania lokalnej fauny i, jak tylko znajdzie się w pobliżu jakiś ogród zoologiczny, nie mogę oprzeć się pokusie.
W Kathmandu przeżyłam chwile prawdziwej grozy, gdy z dwójką dzieci swoich znajomych odwiedziłam tamtejsze Zoo. Dzieci, jak to dzieci, chciały do woli nacieszyć się każdym oglądanym zwierzątkiem, a ich szczególną ciekawość wzbudziły „misie” himalajskie. Klatka, którą zamieszkiwały te czarne potwory została zrobiona ze zwykłej siatki ogrodniczej, a furtka do niej zamknięta była na skobelek i powiązana drucikami. Dzieci zachwycały się misiami, a ja w duchu modliłam się, żeby bestie nie wylazły, albo, żeby dzieci znudziły się wystarczająco wcześnie. Tymczasem niedźwiedzie majstrowały przy zamknięciu, posługując się pazurami długimi jak szwajcarskie scyzoryki i z całą pewnością ostrymi jak skalpele. Jakoś się udało. Tym razem.
W Zoo w Dhace zostałam napadnięta i obrabowana. Dobrze, że tak się to skończyło. Wielki małpiszon wydostał się z klatki górą (siatka zabezpieczająca nie była wystarczająco mocno przydrutowana do szkieletu klatki) i popędził wprost na mnie, nie wiadomo dlaczego omijając rozpierzchających się w panice japońskich i izraelskich turystów. Stanęłam jakby mnie w grunt wmurowało i z rozpaczliwie bijącym sercem czekałam na rozwój wydarzeń. Tymczasem człekokształtny potwór zbliżył się do mnie z obnażonymi zębiskami i wyciągnął rękę. Stał tak chwilę niczym włochaty żebrak, a potem zaczął mnie poszturchiwać. W bezpiecznej odległości od centrum wydarzeń uformował się wianuszek cudzoziemskich gapiów czekających na krwawe widowisko. Ja jednak szybko zrozumiałam, czego łobuz chce i spokojnie, bez gwałtownych ruchów, wyjęłam z plecaka dwa żółciutkie banany. Monstrum chwyciło je natychmiast, wróciło spokojnie pod klatkę i obrało sobie pierwszy owoc… Był to drugi epizod mojej przygody z Hanumanem. Ostatni nastąpił w Benares, kilka miesięcy później.
A w Madrasie… w Madrasie jeździłam na żółwiu i mogłam poprosić o otwarcie dowolnej klatki. Nasz riksiarz i przewodnik zarazem miał wśród personelu szwagra, który chętnie udostępnił nam miejscowe „zbiory”. Zapraszał mnie nawet na wybieg dla krokodyli, ale w końcu wlazł tam sam wołając gady cmokaniem, a te, jak kury do ziarna, zaczęły się gramolić ze wszystkich stron w jego kierunku. Otworzył klatkę z czarną kobrą i wtedy pierwszy (i jak na razie jedyny) raz w życiu usłyszałam syk tego śmiertelnie niebezpiecznego gada.
Różnice pomiędzy tym, z czym mamy do czynienia w Europie, a tym, co można zastać w Indiach są widoczne gołym okiem i chodzi nie tylko o zabezpieczenia klatek i dostępność zwierząt. W subkontynentalnych ogrodach zoologicznych bieda aż piszczy. Zwierzęta mają małe, ciasne klatki, w których czasem miejsca jest zaledwie tyle, żeby przekręcić się z boku na bok. O pobieganiu nie ma mowy. Do dziś pamiętam błękitne smutne oczy białego tygrysa w Lahore uwięzionego na metrażu, który mógłby satysfakcjonować wiewiórkę.
Opieka weterynaryjna też pozostawia wiele do życzenia, a wyżywienie zdaje się być ustalone na poziomie absolutnego „minimum socjalnego”. Dlatego zawsze zabierałam z sobą jakieś kąski, żeby, wbrew powszechnie przyjętej zasadzie, podkarmiać trochę biedaczyska. Nie żebym nosiła połcie mięsa dla tygrysów, ale ciastka i owoce zawsze dyżurowały w moim plecaku.
Smutny jest los uwięzionych zwierząt bez względu na to, jak bardzo starają się ludzie, żeby uczynić ich życie znośniejszym. Usprawiedliwieniem dla istnienia instytucji ogrodu zoologicznego jest fakt, że zwierząt, dzikich zwierząt jest coraz mniej, że nie możemy ich zobaczyć w naturze, i że ich przetrwanie, jako takiego czy innego gatunku, zależy często od prokreacji osobników trzymanych w niewoli.
Można oburzać się na nędzne warunki panujące w niektórych ogrodach zoologicznych, ale tutaj na nic zdadzą się proste osądy. Na przykład, taka Dhaka to wielkie morze nędzy, na którym tu i ówdzie unoszą się wyspy bogactwa i wysepki luksusu. Zwierzęta dzielą po prostu los milionów mieszkańców, niedojadając, gnieżdżąc się w ciasnych klitkach, chorując i nadaremnie wyczekując pomocy. Czy możemy coś z tym zrobić? Raczej nie. Może tylko poczęstować jabłkiem jakiegoś rezusa albo słonia. I pomarzyć o świecie, w którym jabłek i bananów wystarczy dla wszystkich, ludzi i zwierząt.
(Beata Jaworska-Woźniak, lipiec 2014)
-
Miejsca z naszych tras
- BANGLADESZ
- BHUTAN
- INDIE Złoty Trójkąt
- INDIE Południowe
- INDIE Północne
- NEPAL
- SRI LANKA
Informacje praktyczne
- UBEZPIECZENIE
- WIZY
- Indie Szerokopojęte - ogólne
- info praktyczne - Indie
- info praktyczne - Nepal
- info praktyczne - Sri Lanka
Dowiedz się więcej
- o kulturze i obyczajach
- o świętach i festiwalach
- o ciekawych miejscach
- od kuchni
- teksty różne